Na parapecie siada kurz,
jak wierny pies bez właściciela,
Nie pyta dokąd, trwa jak mój stróż,
czy naprawdę potrzebuję zbawiciela?
Czas płynie wolno jak z kranu krople,
do szklanki wpadają z grubego szkła,
A ja je piję małymi łykami ciągle
bo mimo czasu ta woda nie jest mdła.
Bo nie gryzie ta cisza moja,
ona tylko mruczy pod drzwiami,
Kładzie mi głowę na kolanach, jestem jak ostoja
i oddycha razem z nami.
Może to tylko zwykły rytm,
co krąży w żyłach jak krew,
Lecz w ten mój powtarzalny byt
jest jak nigdy niesłyszalny krzyk mew.
Ściany każdy szept znają,
pamiętają mój śmiech
I kiedy świat chce więcej, a myśli gnają
Pozostaje rutyna aż po zmierzch
Nie mam już w kieszeni burz,
nie noszę piorunów w dłoni,
I kiedy w dłoni otwiera się nóż
uczę się nie wyciągać broni
Bo nie gryzie ta cisza moja,
ona tylko mruczy pod drzwiami,
Kładzie mi głowę na kolanach, jestem jak ostoja
i oddycha razem z nami.
Może to tylko zwykły rytm,
co krąży w żyłach jak krew,
Lecz w ten mój powtarzalny byt
jest jak nigdy niesłyszalny krzyk mew.
Kiedyś krzyczałam do nocy,
żeby coś wreszcie się stało,
Dziś nie czekam północy
Nie twierdzę że to mało mało
Bo ta moja cisza ma smak wina,
co dojrzewa w cieniu lat,
Nie jest złotem bardziej jak glina
Codzienność nie zna dat.
Może świat chce więcej, zobaczyć kilka zórz,
może kręci się jak w transie,
A ja mam swój ciepły kurz
A zadaniem mego życia jest więcej śmiać się.
Nie wszystko musi płonąć jasno,
nie każdy dzień to cud,
Grafik poukładany ciasno
jest zwyczajny, miły i słodki jak miód.
made by suno
Информация по комментариям в разработке