Dzień dobry. Wracam, w zasadzie po dwóch latach, by opowiedzieć Państwu/Wam (proszę o wybranie odpowiedniego określenia) o przygodzie, która miała miejsce w tym roku. Zapraszam do obejrzenia mojego mini-dokumentu traktującego o jeździe przed siebie, w kierunku zachodzącego słońca.
Polska - Czechy - Austria - Słowenia - Chorwacja - Bośnia i Hercegowina - Chorwacja - Czarnogóra - Serbia - Rumunia - Węgry - Słowacja - Polska.
Tak oto wyglądała trasa, którą wspólnie z Olgą pokonaliśmy Smoczycą - czyli autem doświadczonym przez życie. Pisząc "doświadczonym" mam na myśli jak najlepszy kontekst tegoż słowa. Gdzieniegdzie rysy, niedoskonałości lakieru, masa drobnostek, które mogłyby działać jak nowe, ale... żyją swoim życiem. Uważam to jednak za piękne, dodające smaku, ale być może po prostu uparcie tłumaczę jej zachowania. Tym niemniej, pokonaliśmy 5000 kilometrów przez drogi bardzo różne - od drobnych "międzymiastówek", przez autostrady prowadzące przez sam środek góry, aż po skrajnie strome podjazdy, gdzie bieg pierwszy dzielnie walczył z przeciwnościami.
Wiele razy słyszałem, że Bałkany to zupełnie inny świat. W każdej legendzie jest ziarno prawdy, ale tutaj to ziarno okazało się być upieczonym już chlebem. I to takim ciepłym, zarówno w przenośni, jak i realnie. Czarnogóra absolutnym opus magnum, Rumunia miłą odmianą i domkiem, który poznałem dwa lata temu. Malownicza wręcz Chorwacja, niepokojąca Bośnia i ciekawa sprzeczność, Serbia.
Transfăgărășan, Transalpina, czarnogórska P14, chorwackie Omiš. Długo by wymieniać, jest to materiał na tonę innych opowieści. Ważnym jest, że zrobiliśmy to z pomocą i dzięki Smoczycy, naszego wiernego rydwanu, rzekłbym nawet, że członka rodziny.
Nagrywane bardzo wiekowym (jak się okazuje, także brudnym), pożyczonym Sony A7 pierwszej generacji. Szkiełka Minolty oraz Flektogon 35mm.
More to come. Mam nadzieję, że się spodoba.
Ściskam,
Piotrek.
Информация по комментариям в разработке